Nie bądź helikopterem

Od jakiegoś czasu obserwuję niebezpieczny trend u moich dzieciatych znajomych, a mianowicie helikopterowe wychowanie. Polega ono na ciągłym kontrolowaniu swojego dziecka, próbach uchronienia go przed całym złem tego świata i ogromnej ilości nadopiekuńczości. Zresztą widać to nie tylko u znajomych, ale też u obcych rodziców na placu zabaw czy w przedszkolu. Obserwując to, zastanawiam, się co z tych ich pociech wyrośnie.

A mother holds her daughter during a Children's Day festival April 22, 2012, at Incirlik Air Base, Turkey. The event was hosted by the Turkish air force 10th Tanker Base Command and was open to all Turkish and American members of Team Incirlik. The event offered an opportunity for camaraderie and building partnership between Turkish and American service members and civilians. Children's Day is a national holiday that honors Turkish children and the future of the country. (U.S. Air Force photo by Senior Airman Jarvie Z. Wallace/Released)

Rodzic-helikopter to ten, który biega za swoim dzieciakiem po całym placu zabaw i chroni go na każdym kroku: podczas zjeżdżania ze zjeżdżalni, na huśtawkach, a na drabinki to absolutnie nie pozwala wejść, bo na pewno maluch sobie coś zrobi. To nic, że z tych drabinek jest jakiś metr odległości do ziemi.

Ale bycie helikopterem objawia się nie tylko nadmierną opiekuńczością i ostrożnością, wyrażaną w ciągłym „nie rusz”, „nie biegaj”, „nie dotykaj”. Drugą stroną tego medalu jest kontrolowanie każdego aspektu życia malucha już od najmłodszych lat, zaraz po tym jak wyrośnie z pieluszek czy pampersów. W tym momencie zaczyna się „projekt dziecko”, czyli milion zajęć dodatkowych: sporty, gra na instrumencie, obowiązkowo język obcy Słowem wszystko to, co może się przydać w dorosłym życiu i da latorośli przewagę nad innymi.

Jaki jest tego efekt? A no taki, że już na etapie kilkulatka dzieciaki są przeciążone, przygnębione, a do tego zalęknione i zestresowane. Ponadto nie mają pojęcia o tym co lubią, czego nie lubą, czego chcą, a czego nie chcą. Taki maluch nie potrafi odpowiedzieć na zdane pytanie dotyczące jego osoby, bo albo zaraz mama za niego odpowiada, albo on wręcz wyczekująco czeka aż rodzić go w tym wyręczy. Bo przecież ono nie wie. Ale skąd ma wiedzieć, skoro za niego wszystko wiedzą jego rodzice, którzy dyrygują całym jego planem dnia, decydują co zje, gdzie pójdzie, z kim się spotka.

Strasznie smutno się na to patrzy, bo łatwo sobie wyobrazić, co z takich dzieci wyrośnie – człowiek zależny, niepotrafiący podjąć własnych decyzji, wiecznie na garnuszku rodziców, bez własnych zainteresowań i pomysłów na życie, a do tego z depresją i nerwicą. Rodzice, opanujcie się i dajcie swoim dzieciom żyć i to życie poznawać, bez tego nie wykształcicie w nich tak potrzebnej samodzielność i niezależności. Na nic zdadzą się im te języki, czarny pas w judo, czy umiejętność grania na skrzypcach, jak nie będą potrafiły tego wykorzystać. No chyba, że zależy wam na tym, żeby wychować 30-latka czy 30-latkę, którzy nie wiedzą, o co im wżyciu chodzi i z każdym problemem przybiegną do was, a najprawdopodobniej jeszcze z wami mieszkają.

W takich momentach patrzę na swoją krnąbrną 2-latkę i dziękuję Bogu, że ma to swoje zdanie, choć bywa to uciążliwe. Ale mimo wszystko staram się wspierać już teraz tą jej samodzielność i niezależność, bo wiem, że to zaprocentuje w jej dorosłym życiu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie będzie publikowany. Zaznaczone pola są obowiązkowe *

*